brak oznaczenia

Projekt Czarownica

Rowerowa wycieczka po okolicy śladem 4 lokalnych legend mówiących o doli i niedoli Józka który szczęścia do kobiet nie miał oj nie.Poniżej legenda:Krajna krainą czarów i czarownic, czyli śladem legend

Trasa nr 1: Złotów – Święta – Wąsosz – Sławianowo – Sławianówko - Skic – Złotów

,,Czary we wsi Święta”Dawno temu w Świętej mieszkał Michał Rzechtała, bogaty gospodarz, który miał jedną córkę. Bardzo ją kochał i stroił w piękne szaty. Z każdego targu przywoził jej nową suknię, pas, zapinki czy korale. Tak więc Ewa Rzechtałówna stała się najpiękniejszą i najbogatszą panną we wsi. Wielu chłopców się za nią oglądało, ale ona na nich nie zwracała uwagi. U gospodarza pracował także młody parobek Józiu, który wodził oczami za córką swego pana i obserwował każdy jej krok. Widział, że często chodziła na spacery do starej wierzby i słuchała śpiewu ptaków. Nie raz próbował zwrócić na siebie uwagę, ale ona tylko śmiała się z niego lub zadzierała głowę do góry i odchodziła dumnym krokiem.Pewnego razu ojciec przywiózł ukochanej córce wyjątkowo ładną suknię, niebieską z białym kołnierzykiem. Wszyscy podziwiali ją w kościele: dziewczęta z zazdrością, a chłopcy z zachwytem. Józiu zauważył, że biedny Maciek Luczyna z sąsiedztwa wpatruje się w nią jak w obrazek, aż poczuł zazdrość i złość na niego. Jak się później okazało ubogi Maciek zakochał się w Ewie. Poprosił mamę, aby wysłała do niej swatkę, bo dnia bez dziewczyny nie przeżyje. Niestety, sąsiadka-swatka wróciła od Rzechtałów z odmową. Na drugi dzień chłopak powiesił się w stodole. Józiu był przerażony tym czynem i pożałował, że się zdenerwował na biedaka. Cały dzień chodził jak struty, robota mu się nie kleiła, gospodarz się wściekał i ciągle na niego krzyczał. Matka Maćka z rozpaczy oskarżyła Ewę o czary. Przytaknęły jej także inne kobiety ze wsi. Wyliczono bogactwo Rzechtałów, które ich zdaniem wynikało z konszachtów ze złymi siłami. Parobek Józiu dziwił się tym posądzeniom, bo wiedział, jak jego pan i on, i cała służba ciężko pracowali, aby dorobić się takiego majątku. Posądzenia doszły do Urzędu Krajeńskiego i rozpoczęto dochodzenie. Rzechtała, gdy się o tym dowiedział, zapłacił ludziom, żeby wystąpili przeciwko tym, którzy jego córkę oskarżali. Wtedy okazało się, że w spokojnej wsi Święta wiele rodzin nocami jakieś czary odprawia, a nawet kobiety na miotłach przy pełni księżyca latają w tajemne miejsca. Urząd zakończył proces przepędzeniem wielu rodzin za uprawianie czarów. Musiały one się wynieść ze wsi, pozostawiając majątek na własność dziedzica Działyńskiego. Tak więc skończyło się parobkowanie u dobrego i bogatego gospodarza, Józiu musiał poszukać nowego pana. Polnymi ścieżkami Krajny, wśród lasów skierował się do Wąsosza.

,,Kłusownik”  W Wąsoszu Józiu zatrudnił się u młynarza. Była to inna praca niż na roli i bardzo mu się podobała. Niestety, po kilku miesiącach we wsi wybuchła epidemia cholery, umierało dużo ludzi. Umarł też młynarz, a Józiu długo chorował, ale jakoś się wykaraskał z choróbska. Pozostali przy życiu załadowali swój dobytek na łodzie i zaczęli uciekać, płynąc z nurtem Głomi. Razem z nimi popłynął Józiu, niestety bez dobytku, bo niczego się nie dorobił, a swoje ubrania musiał spalić. Liczył na dobre serce ludzi. Po paru kilometrach natrafiono na młyńską zaporę, tam wyciągnięto wszystko z łodzi, na polu ludzie zaczęli budować szałasy, ziemianki i lepianki. Nową siedzibę nazwali Wąsoszkami. Zajęli się uprawą zbóż, hodowlą bydła i pszczelarstwem. Józiu pomagał pewnej wdowie. Dwoił i się troił, aby wykarmić jej gromadkę dzieci, za co także dostawał jedzenie. Zauważył, że wszyscy ciężko pracują, tylko jeden taki chodził i się mądrował. Okazało się, że był to Makary. Gardził pracą i zajmował się kłusownictwem. Wyłapywał zwierzynę na wnyki i potrzaski. Pan z zamku w Krajence nakazał gajowemu Szymkowi, aby temu się przeciwstawił. Makary mimo wielu ostrzeżeń i próśb nie słuchał gajowego i postanowił go zabić. Urządził zasadzkę w widłach Głomi i Kocuni, gdzie było najwięcej zwierzyny. Z ukrycia zgładził gajowego, który potem dniem i nocą ukazywał się jako zjawa. Makary zmienił trasę swych przejść przez rzekę i chodził przez bagna, aż któregoś razu w nich utonął. Józia to morderstwo i opowieści o zjawach jakoś przestraszyły, a że wdowa już stanęła na nogi i dzieci dużo jej pomagały, postanowił wyruszyć w poszukiwaniu innej pracy. Nie odpowiadał mu też las, jako miejsce zamieszkania, bo był uczulony na ukąszenia komarów, po których zostawały mu wielkie bąble, więc zmykał stąd czym prędzej.W miejscu, gdzie gajowy Szymek został zabity pobudowano most, który nazwano ,,czerwonym mostem”. Istnieje on do dnia dzisiejszego, a lękliwi ludzie boją się tamtędy przechodzić.

Na podstawie starych dokumentów odkryto wydarzenie podobne do legendy.Tłumaczenie z obelisku, który znajduje się w lesie między Kleszczyną a Świętą.,,W tym miejscu dnia 3 października 1896 r.zginął z niecnej ręki kłusownika, pełniący swe obowiązki podoficer – leśnik Albert Sommerfeldt. Jego pamięć zawsze otaczać będziemy czcią. W wierności od swoich kolegów leśników dóbr Złotów-Krajenka”.

,,O Jeziorze Sławianowskim”

Po wielu godzinach leśnymi i polnymi ścieżkami dotarł do Sławianowa. Tu znalazł pracęw dużym gospodarstwie u dziedzica wsi. Pracował w polu, przy koniach, robił to, co lubił. Mimo, że ciężko pracował miał też czas wolny, aby rozejrzeć się jakąś dziewczyną. I wypatrzył sobie taką jedną z Kunowa, bo u dziedzica pracowali także ludzie z okolicznych wsi: Buntowa, Sławianowa, Bługowa, Kunowa i Wiktorówka. Co dzień musieli bardzo wcześnie wstawać i wiele kilometrów iść naokoło jeziora, aby o świcie rozpocząć pracę. Na przerwę obiadową wracali do domów i posileni, znów przemierzali daleką drogę do Sławianowa. Tym z daleka, z Kunowa czy Wiktorówka zajmowało to dwie, nawet trzy godziny. Dziedzica denerwowało, że ludzie dużo czasu tracili na te wędrówki, no i byli zmęczeni, a co za tym idzie – wolniej pracowali. Diabeł dowiedział się o tych kłopotach i złożył sławianowskiemu dziedzicowi propozycję – w zamian za jego duszę w jedną noc, zanim kur zapieje, usypie groblę biegnącą przez jezioro ze Sławianowa do Kunowa. Dziedzic przystał na to, podpisał kontrakt i jeszcze tej samej nocy czart mocno uwijał się, aby zdążyć przed pianiem koguta. Już przed północą wsypał do jeziora dwie wielkie płachty piasku. Z pośpiechem przygotowywał następną – ostatnią. Dziedzic obserwował wszystko z ukrycia, gdy nagle dopadły go dziwne myśli. Zaczął rozmyślać o mękach piekielnych, przypalaniu węglami oraz o duszącym dymie. Wystraszył się. Pobiegł szybko do kurnika, wyciągnął z niego koguta i zaczął wyrywać mu pióra z ogona. Przerażony ptak głośno zapiał. Diabeł przepadł, a grobla nie została ukończona.Do dziś dnia, patrząc z wieży kościelnej w kierunku Kunowa na środku jeziora widoczna jest płycizna, na której można stanąć, nie obawiając się utonięcia (a trzeba dodać, że w niektórych miejscach jezioro ma nawet 15 m głębokości).Po jakimś czasie Józiu dowiedział się o poczynaniach dziedzica i bardzo się zdenerwował, bo jak się okazało dziedzic zakochał się w swej pracownicy, w tej, którą parobek upatrzył sobie i podrywał. To dla niej chciał zbudować groblę, aby nie musiała się tak trudzić chodząc do pracy, a i wieczorami mogliby się częściej spotykać. Tej nocy, kiedy diabeł budował przejście przez jezioro, dziedzic spotkał się ze swoją ukochaną i zwierzył ze wszystkiego. Powiedział jej, jak ma powstać grobla, o sprzedaniu duszy, o kogucie i że to wszystko robi dla niej. Dziewczyna była bardzo religijna, dlatego po kryjomu weszła do kurnika jednego z mieszkańców Sławianowa i to ona sprawiła, że kogut zapiał w nocy, a nie o świcie. Uratowała ukochanego przed piekłem. Biedny Józiu, poczuł się oszukany przez dziewczynę, zawiódł się na swym panu, który bałamucił młode pracownice, toteż obrażony porzucił pracę. Jak się wcześniej dowiedział, niedaleko Sławianowa znajdował się majątek bogatego dziedzica, miłośnika polowań. Ruszył więc polną ścieżką wzdłuż jeziora.

Legenda została zapisana na podstawie opowieści Alojzego Brzezińskiego z Buntowa, który słyszał ją z ust Pawła Michałka, również z Buntowa, rybaka pracującego przed drugą wojną światową u dzierżawcy Jeziora Sławianowskiego.

,,Zaklęty kamień pod Sławianowem”Zaledwie przeszedł kilka kilometrów, już ujrzał wśród pól dziedzica pędzącego na koniu, a przed nim dwa psy goniły zające. Po chwili pan zastrzelił zwierzątka, a zobaczywszy Józia , kazał mu zanieść je do pałacu. Tak to parobek – wędrownik otrzymał nową pracę.Jak się okazało dziedzic tak bardzo lubił polować, że czynił to nawet w niedzielę i święta, szydząc ze swych poddanych spieszących do kościoła. Tak też było w dniu Wniebowstąpienia Pańskiego, gdy na koniu wraz z psami popędził wśród pól. Dojeżdżając do lasu, ujrzał szeroki rów, którego nie zdołał pokonać. Jeździec spadł martwy do rowu, a wraz z nim padł koń i psy. Po krótkim czasie zamienili się w kamienie. Wracający z kościoła ludzie zauważyli dziwne głazy, których przedtem tu nie było. Wieczorem Józiu z resztą służby niecierpliwili się, że pan nie wrócił z łowów, wyszli na poszukiwania, ale ciemna noc zmusiła ich do powrotu. Dopiero na drugi dzień, gdy rozeszła się wieść  o zaginięciu dziedzica, najstarsi stwierdzili, że to Bóg ukarał grzesznika, który nie szanował dnia świętego i zaklął pana w kamień.Od tego czasu ludzie omijali to miejsce, a szczególnie w nocy, gdyż pojawiało się tu widmo pana na koniu ziejącym ogniem, który pędził wśród pól i lasów i wtedy tylko woda święcona  mogła odstraszyć tego złego ducha. Józiu też pewnego razu późnym wieczorem wracałz młyna w Kleszczynie. Po drodze zepsuło mu się koło i musiał naprawiać. Nagle usłyszał dziwne odgłosy, a gdy podniósł głowę, ujrzał potwora i poczuł zapach siarki. Przerażony wypiął konia, skoczył na niego i pędem ruszył przed siebie. Czuł na sobie oddech widma, gdy wreszcie wpadł na jakieś podwórze. Trząsł się cały, że nie mógł nic mówić. Dopiero rankiem opowiedział gospodarzowi, co go spotkało w nocy. Okazało się też, że uciekając, trafił do Skica.Po długim czasie pewien gospodarz chciał użyć zaklętego kamienia do budowy stodoły. Uderzając młotem w głaz, usłyszał wydobywające się z niego dziwne jęki, tak że przestraszony chłop zostawił go w spokoju. Dopiero po I wojnie światowej rozłupano olbrzymi kamień i użyto do budowy drogi ze Sławianowa do Krajenki. Starsi ludzie opowiadali, że jeszcze długo po tym, idąc nocą można było usłyszeć jęki pokutującego dziedzica.Dzisiaj kamienna droga pokryta jest asfaltem, a na pamiątkę i ku przestrodze mieszkańcy Sławianowa w centrum wsi ustawili kamień symbolizujący jeźdźca na koniu, a obok niego kamienne psy.

,,O zaklętej królewnie w Skicu”W Skicu został zatrudniony jako pasterz owiec. Najbardziej lubił paść zwierzęta na łąkach przy pagórku na końcu wsi.  Pewnego dnia jeden z pozostał dłużej pod górą i wygrywał melodie na fujarce. Gdy zapadł wieczór, zaczął pędzić owce do domu. Nagle Józiowi ukazała się piękna dziewczyna w długich czarnych włosach i tak do niego przemówiła:- Pastuszku, wysłuchaj mnie i pomóż. Jestem królewną, zaklętą w tej górze z całym mym dworem. Byłam bardzo bogata, miałam wielki zamek. Razem z dworzanami codziennie ucztowaliśmy, a biedny lud musiał ciężko pracować, znosząc krzywdy, które mu wyrządzaliśmy. Spotkała nas za to ciężka kara - mój dwór zapadł się pod ziemię, a my zostaliśmy skazani na wiekowe męki. Ty możesz nas wybawić, a w nagrodę otrzymasz wielkie bogactwa. Musisz jednak spełnić jeden warunek – gdy rano przypędzisz owce na łąkę, ujrzysz przy drodze ropuchę, którą musisz czule pocałować. Wtedy wybawisz nas z podziemnej niewoli.Pastuszek Józiu przyrzekł pięknej dziewczynie spełnić jej prośbę. Całą noc jednak nie mógł spać, męczyły go senne widziadła. Wczesnym rankiem popędził owce pod górę. Na drodze ujrzał skaczącą żabę. Usiadła u jego stóp i czekała na zbawczy pocałunek. Była jednak tak wstrętna i brzydka, że pastuszek zapomniał o złożonej obietnicy i z przerażeniem uciekł do domu. Za sobą usłyszał płacz i wołanie, potem góra się zatrzęsła i okryła obłokiem. W nim ujrzał przepiękną dziewczynę, która wabiła go do siebie. Zostawił owce, szedł do lubej i rzucił się w jej ramiona, a potem razem zniknęli. Królewna zabrała go do mrocznych podziemi na wspólne męki za niedotrzymanie danej obietnicy. Pastuszka nie znaleziono, wszyscy we wsi zastanawiali się, co z nim się stało.I tak smutno zakończyła się historia Józia parobka, który wędrował po Krajnie.

Czasami i dziś w ciemny, jesienny wieczór snują się wokół góry duchy przecudnej królewny i biednego pastuszka, a wicher snuje opowieść o pokutujących kochankach.

Zaloguj się, żeby dodać swój czas przejścia!

Dodaj swoją opinię

Zaloguj się aby dodać opinię